Nad Arkadia zapadla noc. W miejscu gdzie potezna rzeka Aver toczyla swe leniwe wody do morza, panowala zadziwiajaca cisza, niezmacona nawet najlzejszym westchnieciem wiatru. Niebo skrylo sie za atramentowym rozlewiskiem chmur tak gestym, ze tylko kilka gwiazd zdolalo sie przebic ze swym blaskiem, i rozswietlalo droge zapoznionym wedrowcom,ciagnacym do swych domow. I jedynie nocny lowca, puszczyk - przyjaciel ciemnosci dojrzal blask swiecy pelgajacy w jednym z okien Twierdzy Zakonu Sigmara Mlotodzierzcy. Puszczyk powoli poszybowal w kierunku wneki okiennej, i przysiadlszy na krawedzi okna zlustrowal swym ptasim wzrokiem wnetrze komnaty. Prawie cale omieszczenie tonelo w mrokach ciemnosci. Pod samym oknem stal sporych rozmiarow drewniany stol. Za stolem siedzal mlodzienec o dzieciecych jeszcze rysach twarzy. W jego zlocistych wlosach tanczyl plomien odbity od blasku woskowej swiecy. Kazdy kto spojrzalby w intensywnie blekitne oczy chlopaka ujrzalby w nich nieugieta wole i pietno zamierzchlych tragicznych wydarzen. Przedmioty lezace na stole zdrazdzaly iz tej nocy powstaje jakies dzielo pisane reka chlopca. A ze ciezki jest chleb pisarza powiedzialyby ci czytelniku stosy, polamanych w zlosci gesich pior, walajacych sie pod stolem. Kilka zmietych kartek lezalo w lewym rogu stolu, a odrobina rozlanego inkaustu powoli skapywala na szorstka, spartanska podloge. Gdyby w tej chwili pojawil sie jakowys czarodziej i dal puszczykowi dar rozumienia i czytania ludzkej mowy, wtedy ten magiczny juz ptak ujrzalby na zapisanych kartach nastepujaca opowiesc... HISTORIA BALEANDRA Wiele lat temu urodzil sie w lesie Athel-Loren Elf imieniem Baleander. Dziecinstwo spedzil w lesnej sadybie, mieszczacej sie samym srodku puszczy, gdzie tylko nieraz dziki zwierz lub zablakany wedrowiec zajrzal. Rodzice Baleandra wychowywali go w duchu poszanowania elfich praw i tradycji. Ojciec czesto zabieral chlopca na eskapady lowieckie. Razem przemierzali niezbadane knieje w pogoni za zwierzyna, nocujac wielokroc pod golym niebem za poslanie majac ino lesna sciolke i liscie paproci z powodzeniem zastepujace najbardziej wykwintne sypialnie. Do snu kolysal ich wtedy spiew swierszczy, a ksiezyc jakby rozumiejacy zyczenie elfow prawie zawsze skrywal sie za zaslona chmur, snu im z oczu nie ploszac. Matka elfa,ktora byla obeznana z wiedza zielarska przekazala mu tajniki ziol wszelakich. Ziola bowiem, maja moc potezna i umiejetne ich stosowanie, wiele pozytkow daje. Jeslis z ziolami obeznany niestraszne ci zmeczenie, trucizna wszelaka, a i strach ci nigdy w oczy nie zajrzy. I zylby sobie Baleander w srodku puszczy nieswiadom otaczajacego go cywilizowanego swiata gdyby nie zdarzyl sie przypadek. Razu pewnego wybral sie sam na polowanie. Scigal zawziecie jelenia. Mlodym bedac, ran powaznych zwierzeciu z braku sily nie mogl zadac. Przeto jelen umykal mu co i raz, coraz bardziej go odciagajac od domu rodzinnego i terenow znajomych. Chlopiec bedac pod dzialaniem bellony, nie zorientowal sie jaki juz szmat drogi za jeleniem przebyl. W pewnym momencie jelen, przesadziwszy pieknym skokiem wykrot, umknal Baleandrowi w knieje. Chlopiec probojac dokonac tego samego wyczynu wyrznal jak dlugi w sciolke lesna. To go doprowadzilo do oprzytomienia i wyrwania sie z lowieckiego transu Gdy rozejrzal sie, z przestrachem zauwazyl ze nie wie w jaka czesc puszczy zawital. Ten las jakis obcy i wrogi mu sie wydawal. Nijak drogi powrotnej odnalezc nie mogl. W koncu usiadl i zaplakal rzewnymi lzami nad swym nieszczesliwym polozeniem. Gdy tak rozpaczal czas dluzszy, los laskawy zeslal mu zbawienie. Z krzow wylonil sie jakowys elf, usmiechajac sie pogodnie. Elf okazal sie mieszkancem Elfiego miasta Athel-Loren. Na szyi Greeneala - bo tak zwal sie ow przedstawiciel elfiej rasy zawieszony byl dziwny flet. Zabral Baleandra do miasta, ktore okazalo sie ze lezy calkiem niedaleko, ino sciezka tajemna do niego prowadzi... I pozegnal sie Baleander z domem rodzinnym na zawsze. Greeneal przyjal elfa do gildii Elfow Lesnych, dajac mu szanse na poznanie innych lesnych elfow i zycie w elfim miescie. Baleander juz z elfim fletem na szyi, swiat przemierzajac, poznal przyjaciol mnostwo, zarowno wsrod elfow jak i innych ras. Do jego najlepszych przyjaciol nalezala cudnej urody elfka Tallopis, Krasnolud o imieniu Imaron, i elfy Loudiniks i Almataman. Razem przemierzali krainy Arkadii, dzielac niepowodzenia i sukcesy. Cieszyli sie jak dzieci ze swych sukcesow, i plakali nad niedola tego z nich ktoremu cos sie nie powiodlo. Almataman bedac bardziej niezaleznym i dumnym czesto i sam wedrowal po swiecie. Lecz pozostala trojka: Baleander, Tallopis i Imaron trzymala sie razem. Razem zwiedzili cala Arkadyjska kraine wzdloz i wszez. Tepili Chaos wszystkimi silami swemi,bo serca ich byly nieprawoscia nieskalane, a wyslannicy Bogow Ciemnosci nijak do ich dusz przystepu nie mieli. Od uciech jednak takowoz nie stronili. Ach co to byly za biesiady - piwo, szampan i inne napitki nie raz laly sie strumieniami,zapewniajac humor przedni, i zabawe do bialych rankow. Baleander czesto na wyprawy wojenne razem z przyjacielem krasnoludem wyruszal, siejac wsrod Slug Chaosu poploch i zaglade.Jeden za drugiego zycie by swe na szali losu polozyl. Ta sielanka trwala dlugo, lecz to co i najlepsze w koncu kres swoj ma. No i wydarzylo sie nieszczescie. Obaj, Baleander i Imaron zakochali sie w Tallopis. Powiadaja ze serce nie sluga i zaiste! Lze jak pies ten, co slowom tym klam zadaje. Tallopis wybrala Imarona, Baleandrowi powierzajac jeno role przyjaciela i najblizszego powiernika. Baleander poczatkowo bogom swym lesnym dziekowal,szczesliwym bedac, ze chociaz to od pieknej i dumnej Elfki otrzymal. Lecz zar nieznosny serce jego coraz bardziej pochlanial. Cierpial biedny ELf w milczeniu, nikomu swych mysli i pragnien nie wyjawiajac. Zbyt milowal milascia braterska Imarona by by jego szczescie i zwiazek z Tallopis burzyc. Z dnia na dzien Elf przygasal coraz bardziej. Przyjaciele tylko dziwowali sie, gdzie podzial sie ten wiecznie blakajacy sie usmiech na ustach elfa, i jego zdawalo sie niespozyta radosc zycia. Na domiar zlego w lesnej Gildii niesnaski i wasnie zaczely sie dziac. Baleander oskarzany o odmienne poglady coraz ostrzej sie bronic musial, co w koncu do otwartego konfliktu musialo doprowadzic. Mial jedno marzenie Baleander. Tylko ono dawalo mu jeszcze sile by walke swa wewnetrzna toczyc i ataki w gildii odpierac. Do Zakonu Sigmarowego chcial dostac aby tam zapomniec o milosci do Tallopis. Mimo pomocy wielu przyjaciol, w tym i Imarona samego ktory bratem mu bedac, pomagal elfowi na wszelkie mozliwe sposoby i to pragnienie Elfa leglo w gruzach. Sigmar odrzucil ofiare Baleandra i swego blogoslawienstwa mu poskapil. Zewszad sypaly sie na Baleandra niepowodzenia, zakochany coraz bardziej w Tallopis, walczyl pomiedzy lojalnoscia wobec przyjaciela a miloscia do elfki. W koncu nie mogac dalej zyc bez Tallopis, a nie chcac ranic przyjaciela postanowil odejsc na zawsze. Dlugo zwlekal z decyzja...Lecz jednak nie widzial innego wyjscia. Niczego bardziej Baleander nie znosil jak nielojalnosci i klamstwa. Nie bylo juz dla niego miejsca na Arkadii. Ktoregos dnia zdruzgotany elf pozegnal sie z przyjaciolmi pomijajac jedynie Imarona, jako ze prosto w oczy by mu spojrzec nie mogl, i o postanowieniu swym powiedziec. Udal sie tedy Baleander w oslawione Gory Czarne. Tam odnalazl mroczne i posepne miejsce Dolina Smierci zwane. Ostatni raz spojrzal na gwiazdy blyskajace na niebosklonie,ogarnal wzrokiem gory i lasy go otaczajce pomyslal o Tallopis, i tych ktorych zostawia... Przez chwile przywolal obraz Athel-Loren, po czym przygrywajac sobie smutna melodie na swym elfim flecie samotnie podazyl ku dolinie w ostatnia droge, sciezke nicosci i zapomnienia. Sluch po nim wszelki zaginal. Nikt wiecej juz Baleandra nie zobaczyl i zaiste nikt by nie wiedzial ze ktos taki istnial gdyby nie pamiec pergaminow. Historia ta prawdziwa byla jak najbardziej. Spisana ku przestrodze Braci Sluzebnych. Bracia do was swe slowa kieruje, nie ulegajcie urokom niewiescim, serca swe czystymi pozostawcie i Sigmarowi podarujcie... Z niewiast ino wszelki grzech i zatrata, opetani przez demona milosci proscie o pokute i ukorzcie sie przed Panem Naszym Sigmarem Mlotodzierzca a byc moze udzieli wam laski zapomnienia i od potepienia duszy ocali.. Na pergamin skapnela kropla wody. Czy to byla lza, ktora uronil chlopiec, czy pierwsza kropla deszczu zaczynajacego kropic nad ranem ? Tego juz sie czytelniku nie dowiesz, gdyz puszczyk ulecial przestraszony poruszeniem blekitnookiego mlodzienca. Mlody brat sluzebny wstal i domknal okiennice. Zdmuchnal plomyk swiecy i na spoczynek sie udal. Wszak jutro trza wstac, przypasac miecz i swiat z Chaosu oczyszczac... ANONIM