Z otchlani niezwyklego, glebokiego snu budza cie powoli twoje zmysly, przekazujac ci doznania ktorych nie jestes w stanie zrozumiec. Jakby wydobywajac sie z czarnej przepasci, powoli dochodzisz do siebie. Otwierasz oczy... Nad toba rozciaga sie jasne, lazurowe niebo. Uspokajasz sie na chwile. Nagle dociera do ciebie, co wyrwalo cie z letargu. Co wypelnia ci nozdrza, drazniac zmysly. Won zakrzeplej krwi. Won starych ran. Won smierci. Z okrzykiem przerazenia zrywasz sie, ogladajac sie dookola siebie. Otacza cie pole bitwy, jakiego w swoim zyciu nie widziales. Stratowana ziemia pod twoimi nogami jest czarna od krwi. Wokol ciebie w blocie leza martwi, wsrod polamanych pancerzy, strzaskanych ostrzy, i porzuconych lanc. Podnosisz wzrok, i widzisz rozciagajace sie po horyzont pole masakry. Chmury much gromadza sie wokol ran i oczu lezacych... Zbiera ci sie na mdlosci. Zapach smierci nasila sie. Machasz reke, przeganiajac glosne, naparczywe muchy. "Gdzie ja jestem...?" szepczesz, bojac sie naruszyc calun smierci otaczajacy cie. Odpowiada ci natarczywe brzeczenie much. Rozgladajac sie, powoli ruszasz przed siebie, omijajac zabitych, odwracajac wzrok od okropnosci otaczajacych cie z kazdej strony... "Pomoz..." cichy szept rozlega sie, przysiaglbys, znikad. Odwracasz sie, zmuszajac wzrok do odnalezienia... ... kobiety, opartej o scierwo zwierzecia, ktore mogloby byc koniem, gdyby nie pokryta zielonymi luskami skora... Przelykasz sline, podchodzac blizej i przygladajac sie rannej. Spod burzy jasnych, platynowych wrecz wlosow splamionych i skoltunionych zakrzepla krwia wpatruja sie w ciebie szmaragdowe oczy, pelne bolu i na nowo rozbudzonej nadzieji... "Pomoz... mi." znowu ten szept, pelen rozpaczy i blagania. Podchodzisz blizej, i w tej samej chwili zauwazasz czarna plame zakrzeplej krwi na boku kobiety... spod rozdartej szaty wystaje zlamany drzewiec wloczni. Jej drugi koniec, z grotem, opiera sie o ziemie, wystajac z plecow tuz ponizej... dwoch dlugopiorych skrzydel, wyrastajacych z plecow kobiety. Jedno z nich jest zlozone, drugie, rozrzucone w bok, ukazuje wylamane piora i zakrwawiony puch. Przygryzasz warge, niepewny co powiedziec. Jakby czytajac w twoich myslach, kobieta... nie, aniol, dotyka koniuszkami palcow ulomka wloczni tkwiacego w jej boku, i cicho jeczy. W jej oczach widzisz rezygnacje... Przyklekasz przy niej, pewien, ze cokolwiek zrobisz tylko zwiekszy jej cierpienie. Aniol unosi glowe, patrzac sie na ciebie jeszcze raz... Po jej policzkach splywaja dwie krysztalowe lzy. "Nie ma juz... nieba..." szepce do ciebie, "Nie ma... juz..." drzenie przebiega przez zlozone skrzydlo. Szmaragdowe oczy rozszerzaja sie, by po chwili zgasnac na zawsze. Nagle nachodzi cie niewytlumaczalna ochota, aby wyc z zalu. Gniew zalewa cie niczym fala lawy niszczacej wszystko na swojej drodze... Czujesz jak cos, niczym reka ciemnosci, podnosi cie, i ciska w pustke. (trans postaci do lokacji startowej)